Zimowy Obóz Biegowy Lacho Team (Kościelisko, 16 -22.01.2016)

Relacja została napisana przez naszego klubowego kolegę, uczestnika tegoż obozu Wojtka Pietrzyka.

Każdy biegacz dobrze wie, że zima to taka pora roku kiedy należy zbudować formę na cały, trwający zazwyczaj od marca do listopada, sezon startowy. Od grudnia do lutego jeszcze bardziej niż zwykle zaprzyjaźniamy się z wymagającymi crossami, zaprzyjaźniamy się z długimi wielokilometrowymi trasami, zaprzyjaźniamy się z terenem górzystym, zaprzyjaźniamy się ze zmieniającym się z dnia na dzień lodowym, śniegowym, błotnistym, wodnistym podłożem, zaprzyjaźniamy się z wahaniami temperatur, które w środku polskiej srogiej zimy mogą równie dobrze pokazać mróz prawie jak spod koła biegunowego i niebywałe ciepło rodem z wybrzeża Morza Śródziemnomorskiego.

W samym środku tej zimy kilkunastoosobowa ekipa pożegnała się na tydzień z Krakowem i wybrała się w poszukiwaniu wyśmienitych biegowych tras do Kościeliska u samego podnóża Tatr. Tak oto rozpoczyna się Zimowy Obóz Biegowy LACHO TEAM.

Jest to jasne i oczywiste, że na takim wyjeździe nie mogło zabraknąć naszego znamienitego trenera Andrzeja. To on wie wszystko, to on wie jak, to on wie ile, to on wie gdzie. Dlatego pierwszego dnia nikt nie wyrywa samotnie w trasę. Wszyscy czekają na trenera.

Jest! Jest! Przyjechał! Zrzucił tylko walizki w jednym z gościnnych pokoi u Gąsieniców i zaraz potem zaprosił nas wszystkich na pierwszy obozowy trening. Krótkie koło po Kościelisku ( w końcu tylko 7km) i piramida. Od razu czuć tę wysokość. Zamiast krakowskiego 200 m npm, mamy tutaj 1000m n.p.m. Czy widzicie tę różnicę?

Jeśli myślicie, że idąc na obiad można było stwierdzić z ulgą „Ufff, sobotnie trenowanie mamy już z głowy” to jesteście w grubym błędzie. Dostaliśmy tylko dwie godziny na drzemkę, by zaraz potem ruszyć biegiem w głąb doliny Kościeliskiej. Tak, tak, dwa treningi każdego dnia (prawie każdego). W końcu przyjechaliśmy na obóz biegowy a nie do babci na wieś.

I nadeszła niedziela. A skoro niedziela, cóż z tego, że dopiero się zaczynamy rozkręcać, trzeba ruszyć na długie wybieganie.

Na tych co targnęli się na „trzydziestkę” po jedenastokilometrowym biegu (raczej w dół) czekał osławiony jedenastokilometrowy podbieg prowadzący przez wieś Dzianisz do bram samej Gubałówki. Nie było marudzenia, szczyt trzeba było zdobyć, a w nagrodę można było na bij-zabij (z nutą ostrożności oczywiście) sfrunąć stromym zbiegiem dwa kilometry w dół do centrum Kościeliska i ulicami tej mieściny dołożyć brakujące kilometry.

Ale była też druga opcja na ten dzień, która prowadziła całą doliną Chochołowską do samego schroniska, w cudownych warunkach, wśród białego śniegu pośród otaczających z wszystkich stron lasów skał i jaskiń.

Pisałem kilka linijek wyżej o stromym zbiegu z Gubałówki. Gdy nadszedł poniedziałek trzeba było ten właśnie zbieg zamienić na podbieg, bo zatęskniliśmy za naszą Gubałówką. Wszyscy musieliśmy tam się wspiąć, nie tylko dla formy i zdrowia, ale także dla widoków.

Czy ja coś wspominałem o dwóch treningach każdego dnia? Pomyłka. Powrót z wieczornego rozbiegania wcale nie zakończył wysiłków. Szybka zamiana wilgotnych strojów na te bardziej suche i… trzy kwadranse rozciągania, stabilizacji, pracy mięsni brzucha i wiele innych bardzo przydatnych ćwiczeń pod okiem niezastąpionej w tej kwestii Dagmary. Spotkaliśmy się w poniedziałek i przez kolejne dni spotykaliśmy się codziennie aż do czwartku. Efekty widać. Gdyby tylko utrzymać motywacje i regularnie każdego dnia pracować nad sobą…

Przejdźmy do wtorku, który okazał się dniem wielkiej walki ze swoją siła, wytrzymałością i przede wszystkim głową. Niby nic wielkiego, bo tylko 8km, może 10km, no niektórzy 12km, albo i 13km, a trener jeszcze więcej. Ważne jak. Ścieżka „Pod Reglami” do łatwych nie należy, a zimą w szczególności. Kto miał swój dzień pruł pierwszą połowę (zdecydowanie bardziej w dół) z wiatrem we włosach i wracał (zdecydowanie bardziej w górę) wyciskając pełną moc ze swoich nóg. A jeśli nawet, ktoś „umarł” na trasie, to tylko na moment. Przecież wszyscy wyznaczone zadanie wykonali i wszyscy zostali zwycięzcami. A w to miejsce jeszcze wrócimy.

Środa rozpoczęła się od mrożącej krew w żyłach wiadomości. Na zewnątrz mamy 22 stopnie poniżej zera. We wcześniejszych dniach temperatura wahała się od 5 do 12 stopni mrozu, a już wtedy doskwierało zimno w rękach, w nogach, w głowie. Jak przeżyjemy taką Syberię. Rzut okiem do szafy. Trzy, a może i cztery warstwy na siebie. Wewnątrz chałupy gotujemy się, ale na zewnątrz, dzięki właściwemu ubiorowi, może przeżyjemy. Ze strachem w oczach wychodzimy przed budynek. A tu niespodzianka. Tylko 12 stopni poniżej zera. To brzmi jak lato na Karaibach. Nie wiem czy ktokolwiek tego dnia zmarzł podczas biegu doliną Chochołowską (dla niektórych to była już druga wizyta w tym miejscu) ale podejrzewam, że nikt.

20160120_115645(0)

A wieczorem mała odmiana. Speedcrossy, Cascadia, Afaltówki, wszystkie te buty na moment wskakują pod łóżko, a my wrzucamy na nogi narty biegowe. Leśne trasy zdecydowanie nieprzychylne tego dnia (oj, skąpi tegoroczna zima śniegu) i korzenie właża między deski, ale frajda przednia i niezapomniana. Dla niektórych to był pierwszy raz, ale wszyscy dali radę. Brawo!

biegówki

Mamy czwartek, o rany. Druga wizyta na crossie pod reglami. Będzie lepiej, w końcu wiemy już z czym mamy do czynienia. Każdy ma zrobić więcej kilometrów niż dwa dni wcześniej. Taki był przykaz trenera i każdy jest posłuszny. Ale kręcenie lepszych czasów nie wychodziło. W nocy śniegu przybyło (nieznacznie) i zrobiło się ii nagle trudniej. Nie, nie, nie narzekamy, bo każdy swoje zrobił i cały do domu wrócił.

Wieczorem ostatnie obozowe wieczorne rozbieganie, czyli ostatnia wizyta w dolinie Kościeliskiej. W ciągu tygodnia aż cztery razy tam się udaliśmy, a tu psikus, żadnych widoków chyba nikt z tych rozbiegań nie zapamiętał, bo wieczorna ciemność wszystko zasłaniała. Świetny powód, by wrócić w to samo miejsce latem, gdy wieczorne bieganie robi się w pełnym słońcu.

Piątek to był ostatni dzień obozu. Ale zanim wymknęliśmy się w drogę powrotną do Krakowa trzeba jeszcze było trochę wysiłku. Kopiowaliśmy z nieznacznymi modyfikacjami trening z dnia pierwszego. Jednak piramidy były aż trzy i były zdecydowanie większe niż te dwie sprzed kilku dni.

O rety! Czy naprawdę tylko bieganie i trenowanie i rozciąganie było w naszych głowach? Czy inny świat nie istniał? Zaraz, zaraz, działo się sporo. Opowiedzmy te o tym. Zacznę może od przedstawienia wszystkich, którzy gościli w Kościelisku (wcale nie wymieniam członków obozu w kolejności od najszybszego do najwolniejszego, ani od najwyższego do najniższego, najmniej będzie zażaleń, gdy wykorzystam nasze proste abecadło): Adam, Andrzej L, Andrzej M, Basia, Dagmara, Ela, Filip, Gabi, Grażynka, Mariusz, Martyna, Patryś, Piotr z żoną, Radek, Sławek, Szymon, Wojtek.

W godzinach wolnych od treningów każdy robił dużo ciekawych rzeczy i załatwiał wiele ważnych spraw. Niekiedy zamykaliśmy się w swoich pokojach, by w ciszy i spokoju przeczytać książkę, postukać po laptopie, przespać dwie godziny. Czasami odwiedzaliśmy sąsiadów, by prowadzić długie i bardzo interesujące rozmowy nie tylko o bieganiu. Zdarzało się odpalić samochód (niektórzy mieli z tym problem) i wybrać z wizytą do Zakopanego gdzie czekały ciepłe wody Aquaparku i gorące powietrze sauny, gdzie spotykaliśmy się ze znajomymi, którzy akurat w tym samym czasie co my przybyli pod Tatry, gdzie trafialiśmy na zakupy do Biedronki, by mieć z czym smakowicie spędzić wieczór.

O widzicie. Wieczory! Wtedy działo się najwięcej. Emocje, emocje. Zacznijmy od tych mniejszych, gdy trzymaliśmy kciuki za naszych szczypiornistów, którzy na naszych oczach poradzili sobie z Macedonią, a dwa dni później prawie roznieśli Francję (może pominę milczeniem, co działo się w późniejszych już poobozowych meczach).

Zdecydowanie większe napięcie, rywalizacja i genialna zabawa towarzyszyły rozgrywkom w Uno. Przy ulepszonych zasadach emocje sięgały zenitu. Wcinki, zmiany kierunku, dwie karty, cztery, osiem, dwanaście, a zdarzyło się i szesnaście kart do pociągnięcia, zmiana miejsc. Wszystko to zdawało się sprawiać wszystkim graczom niewyobrażalną frajdę. Nie obędzie się bez kart na kolejnym obozie.

Ostatni wieczór. Ostatnia kolacja. Andrzej z Dagmarą zrobili obozowiczom wielką niespodziankę. Wszyscy zasiedli przy wspólnym stole wśród ogromu zdrowych i bardzo wartościowych przysmaków. Kanapki, sałatki, serki, jajka, warzywa, owoce, czego tylko dusza zapragnęła. Uczta iście królewska. Palce lizać.

20160121_175536

Wielkie PODZIĘKOWANIA należą się każdemu. To wy obozowicze przyczyniliście się do tego, że styczniowy tydzień w Kościelisku na zawsze pozostanie w naszej pamięci jako wyjazd niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju.

DO ZOBACZENIA za pół roku na Letnim Obozie Biegowym LACHO TEAM.

This slideshow requires JavaScript.