NAWIERZCHNIE

„Podczas niedzielnego długiego wybiegania po Wenecji” – To zdanie samo w sobie już jest żartem. Długie wybieganie po Wenecji graniczy z cudem. To musiałoby być połączenie biegu na orientację, z biegiem przez przeszkody oraz egzaminem hartowania cierpliwości. Co krok wystawianą na próbę a to przez: turystów, przez cmokające się na każdym rogu zakochane pary, czy nabijających się z Ciebie lokalsów. Wiecie o tym, że perfidni Wenecjanie celowo zmieniają kierunki tablic informacyjnych? Przyznam, byłem zestresowany perspektywą spędzenia tygodnia, w tym ociekającym romantyzmem mieście. Przez kilka dni czytałem biegowe fora w poszukiwaniu wskazówek: gdzie pobiegać? Sporo osób wprost sugerowało potraktowanie pobytu w Wenecji jako czas na roztrenowanie. Proponowano bieganie o poranku lub późno w nocy, kiedy to turyści zasiadają do winnej szklanicy lub leczą jej skutki dnia następnego. Ale od czasu do czasu pojawiała się enigmatyczna wysepka Lido, leżącą rzut beretem od Wenecji. Szybki look w google map i nabierasz właściwego przekonania: warto. Pierwsza próba dostania się na nią może być lekko stresująca. Po pierwsze; trzeba znaleźć przystanek wodnego busa – a tabliczki przecież wszędzie poprzekręcane. Po drugie: musisz spędzić kilkanaście dobrych minut aby rozgryźć obsługę automatu biletowego (opcji jest kilkanaście: jednodniowe, tygodniowe, na transport miejski, prywatny). I wreszcie po trzecie; musisz wsiąść do właściwej łódki. Zapewniam: ta przeprawa jest trudna tylko za pierwszym razem. Dzisiaj gram cwaniaka, lokalni nawet nie podejrzewają, że jestem Polakiem 😉 Podbiegam kilometr do przystanku (uwaga! Tak aby się nie rozgrzać za bardzo bo na wodzie Cię wychłodzi), udaję że kupuję bilet i przechodzę z Włochami, których zwyczajowo zagaduję i wymieniam z nimi uprzejmości. Oj niby tak z przypadku, „zagadałeś mnie a ja zapomniałem skasować bilet”. Klasyczny, ekonomiczny przypadek rozbieganego polaczka. Wreszcie dobijasz do brzegu. Przecinasz wysepkę w 5 minut i lądujesz na cudownej plaży usłanej milionami muszelek, które skrzypią pod butami niczym ścięty mrozem śnieg. Długa majestatyczna szara prosta, szum morza, naturalnie zamortyzowana, wymarzona nawierzchnia dla każdego biegacza. Nogi same niosą a rozbiegane filozoficzne bełkoty ścigają się same z sobą. Zatem do początku: „podczas niedzielnego długiego wybiegania po Wenecji”, przypomniałem sobie o temacie, który kiedyś powierzchownie dotknąłem, mianowicie o powierzchniach po których biegamy. Temat sam w sobie rzeka. Obligatoryjny dla naszych stóp, stawów i oczywiście talizmanistycznych butów. Tak różnorodna, jak życiowa droga każdego z nas. Wyboista, kręta, długa, ślepa, z przeszkodami, zdradliwa i niestety rzadko usłana różami. Gdzie każdy krok, sekunda zamieniona zostaje w kroplę potu szlifującą skałę naszego charakteru, gdzie każde uderzenia butem – niczym pieczęć – potwierdza lojalność wobec biegania.

acapulco
Acapulco, Meksyk 2012
nawierzchnia2
Sopot 2013

Kto biegał po plaży wie, że jest to rodzaj mini gry. Biegniesz granią, gdzie woda i piach ją kreśli. To najdtwardsza nitka. To ta cienka granica gdzie fala kończy swą podróż. A Ty stawiasz pierwszy robinsonowski krok na świeżo rozlanym lądzie. Trzeba uważać aby z jednej strony solanka nie zalała butów, z drugiej suchy i podstępny piach ich nie połknął. Czasem owa fala zostawia ciekawe rebusy. Tak jak ten poniżej, „od dzieciństwa do starości”. Stary i młody zgubił swą łopatkę. Niestety to małe brązowe pomiędzy, to bałtycki klasyk czekoladopodobny.

A to już 7 kilometrowy podbieg pod górę Żar. Majestatyczny zimowy krajobraz, gdzie niebo zlewa się z ziemią. Biegniesz a właściwie „szybujesz”. Jest coś na rzeczy; to właśnie tam butelki same wtaczają się pod górę.

nawierzchnia5
Szczyt Góry Żar. Zima 2012

Droga zalana lawą. Nie zapomnij, aby zejść na niższy bieg i zmienić technikę biegu na bieg poparzonych raciczek świńskiego truchtu. Jelenie będą wiedzieć o co biega. To ten moment kiedy z naturalnego biegania po lesie lądujesz na twardym asfalcie a z nad przeciwka nadjeżdża rozpędzony samochód.

droga hawaje
Black Island. Hawaje 2011

Tu już nie biegłem. Niezauważalnie, cicho odtwarzałem każdy krok postawiony przez zgładzonych w tym miejscu ludzi.

nawierzchnia6
Obóz koncentracyjny Brzezinka
Moją przygodę z bieganiem zacząłem z Ryśkiem – to mój ukochany pies- owczarek francuski. Musiałem z nim biegać w canicrossach aby wzmacniać jego mięśnie kręgosłupa. Cierpi na zespół końskiego ogona. To cudowna wieź, którą łączy gumowa pępowina. Szczyt zaufania i wolności, pędzisz za czworonogiem na złamanie karku. Biegowe szaleństwo w czystej postaci. Niestety Rysiek jest już w podeszłym wieku i nie może ze mną biegać. Czasami łapię go jak zawiesza wzrok na swojej uprzęży, łzy same cisną się na policzki. Przebiegliśmy tysiące kilometrów razem.
nawierzchnia9
Canicross z Ryśkiem. Międzybrodzie Żywieckie
Zgodzicie się ze mną, że bieganie jest najfajnieszją formą zwiedzania nowych miejsc. Z rzadka spoglądasz wtedy pod nogi. Pal licho kocie łby i kałuże. Biegniesz przecież w filmie. Nowy Jork, Tokyo, Londyn. Odtwarzasz sceny ulubionych filmów, trafiasz idelanie w ślady swoich idoli. Kojarzycie zebrę po niżej?….przerwa
nawierzchnia8
Abey Road, Londyn 2012
 zmora
 „Zmora” Stan nawierzchni polskich chodników 

Dodaj komentarz