22 MARATONA DI ROMA

autor: Wojtek Pietrzyk

 Poniżej znajduję się historia opowiedziana słowami Wojtka Pietrzyka z jego występu w maratonie w Rzymie 22 marca 2015 roku.

Już w nocy przedmaratońskiej emocje mocno mnie ogarniały. Myśli pędziły już tam na start. Zacząć, ruszyć, powalczyć. Jak tu można porządnie się wyspać?

I nagle wraz z nadchodzącym świtem za oknami naszego niesamowicie wyśmienitego rzymskiego apartamentu rozpoczęła się ulewa. Oto warunki które witają wszystkich maratończyków. Jednak biegacz deszczu się nie boi, a tak naprawdę nawet potrafi się z nim zaprzyjaźnić.

Na linię startu ruszyła nas szóstka (Malgorzata Dudek, Milena, Patryk JanickiGrzesiek Pasterczyk, Robert i ja). Niektórzy pod ochroną parasoli, niektórzy slalomem pomiędzy ogromnymi kroplami wody. Liczba biegaczy podążających w tym samym kierunku co my rosła z każdą sekundą. Metro zapełnione po brzegi. Na schodach ani odrobiny miejsca. Każdy z czerwonym plecakiem (otrzymanym w pakiecie startowym). 
Docieramy do centrum miasto. Ostatnie nasze kroki kierujemy w stronę Koloseum. Niesamowicie wyglądała ta budowla, a tysiące biegaczy krążących u jej stóp jeszcze dodawało niesamowitego uroku. Stąd wystartujemy.

Mój cel minimum: Wykręcić czas poniżej 3:00 
Bardziej ambitny cel: Wykręcić czas poniżej 2:56
Cel wyjątkowo ambitny: Wykręcić czas poniżej 2:52:54 – życiówka

Przerywnik na reklamę. 
Oto bieg, którego organizacja została przygotowana wręcz perfekcyjnie. Wszystko odbywało się płynnie i bez zbędnych kolejek – odbieranie pakietu dzień wcześniej, składanie depozytu tuż przed startem (aż 18 tirów stało jeden za drugim, gdzie każdy w idealnie oznaczonym wozie mógł złożyć swoje przedstartowe „ciuchy”.

Rozgrzewka nasza trwała prawie pół godziny. Jak się okazało o kilka minut za długo. Niespodziewanie pędzący czas umykał. Chwila wystrzału niebezpiecznie się zbliżyła, a my (Patryk, Grzesiek i ja) gdzieś daleko w tyle za wieloma tysiącami maratończyków. Przebijamy się do przodu, przebijamy. Nie przychodzi to łatwo, a do naszego sektora cały czas bardzo daleko i…..wystrzał.

Wszyscy ruszają, biegną, a my gdzieś koło pacemakerów biegnących na czas 4h 15 min. Cóż zrobić? Przebijamy się, przebijamy, a raczej przepychamy. Już widać linię startu. Jeszcze chwila i ją osiągniemy. I udaje się, gdy na zegarze końca dobiega trzecia minuta biegu.

W pośpiechu włączany stoper. Już na starcie podniesiona poprzeczka w realizacji celów. Przestaję rozmyślać i ruszam.
Ojeju! Ile ludzi w koło. Tysiące biegaczy przede mną zgniecionych od krawężnika do krawężnika. Odbijam się z prawa na lewo. Wymijam to z jednej to z drugiej strony. Po trawie, między drzewami i stojącymi na chodniku autami. Jak tylko wracam na asfalt zaraz wpadam w ścisk pomiędzy pędzących ludzi. Ale ja muszę pędzić szybciej od nich. Staram się bardzo. Wyprzedzam i wyprzedzam ale nic się nie rozluźnia. Ileż można skakać po krawężnikach?

Czwarty kilometr biegu. Widzę zielone baloniki. Zrównuję się z pacemakerami. Oni biegną na czas 3:30. A to oznacza, że ja muszę mknąć dalej w poszukiwaniu następnych baloników. Piąty, szósty, siódmy kilometr. Slalom trwa. Na moim zegarku już 400 metrów więcej przebiegnięte, niż wskazywałyby na to znaki na trasie. Sam jestem sobie winien.

Ósmy kilometr.Pierwsze oznaki rozluźnienia na trasie. Odrobinę jest łatwiej. Gdzieś z przodu migają mi niebieskie balony. Świetnie. Dwa kolejne kilometry trasy zbliżałem się do tych balonów. Na jaki czas biegną Ci pacemakerzy? Na czas 3:15. A to oznacza, że to nie czas na odpoczynek. Śmigam dalej przed siebie wyprzedzając kolejne rzesze biegaczy. Zaczyna być na tyle luźno, że jest możliwy bieg w miarę prosto przed siebie. Włączam równe tempo i dawaj. Gonimy. Gonimy. Gonimy. Gonimy. I mógłbym tak powtarzać to słowo długo.

Zazwyczaj nic nie widzę w koło jak biegnę na zawodach. Jednak widok olbrzymiej bazyliki św. Piotra na osiemnastym kilometrze naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie.

I nagle… To był dwudziesty kilometr biegu, a gdzieś daleko z przodu żółte balony. Nie zrywam się, spokojnie. Równo. Zbliżam się i….. na kilometrze nr 23 zrównałem się z pacemakerami biegnącymi na czas 3:00. Świetnie. Teraz nie można im odpuścić. Chwyciłem się ich na pół kilometra, by złapać oddech. Gonitwa okazała się zdecydowanie bardzo męcząca. Ale siły jeszcze we mnie drzemią. Baloniki zostają lekko w tyle, a ja próbuję zyskiwać kolejne sekundy. Teraz nie idzie już tak łatwo. To jest ten moment gdy głowa musi wesprzeć słabnące nogi. Żółte balony przez długi czas nie chcą zniknąć tam za moimi plecami. 30-ty kilometr. Nie mogę sobie pozwolić na kryzys w tym miejscu. 35-ty kilometr. Nie pozwolę wyrosnąć „ścianie” przede mną. I nie pozwoliłem. Nogi obracały się. Cały czas się obracały. Bo to przecież końcówka. Kilka kilometrów. Kilka ciężkich kilometrów, gdy organizm z wielkim wysiłkiem jednak nie odpuszcza. Ostatni podbieg w kilkusetmetrowym tunelu. Ostatni zbieg. Wytrzymam. Jest, jest, jest. META. Wspaniale.

Jestem naprawdę zadowolony osiągając na mecie czas 2:58:24 brutto (2:55:40 netto) przebiegając tak naprawdę 42,900km (tyle dołożył mój slalom).

Gratulacje dla wszystkich biegaczy z naszej rzymskiej ekipy. Wspaniałe życiówki, niesamowita walka z kontuzją, walka ze „ścianą”. Tego byliśmy świadkami. Ogromne BRAWA! I Widzimy się na następnych maratonach.

IMG_3698 IMG_2992

20150322_074311

Dodaj komentarz