GRZEGORZ PRZEBINDA

przebindaKiedyś bardzo dawno – ponad 30 lat temu – dwa Maratony Pokoju w Warszawie przebiegł od początku do końca mój młodszy o rok brat Franciszek. Wiele razy potem opowiadał o tym ze szczegółami, co się działo i na którym kilometrze, a ja patrzyłem na niego jak na kosmitę, który osiągnął rzecz niemożliwą. To było to, czego mnie samemu nie uda się nigdy zrobić, myślałem, no choćby dlatego, że nie odważę się nigdy podjąć takiej próby. A jednak odważyłem się wiosną 2010, kończąc swój pierwszy w życiu maraton w Krakowie na Błoniach pod Kamieniem Papieskim, jako dziarski 50-latek w czasie 3:29:00. Jesienią tego samego roku było jeszcze maratońskie Wilno, a wiosną 2011 znowu Kraków. W tym samym czasie spotkałem Andrzeja Lachowskiego, który po namyśle i oczywiście za wstawiennictwem Dagmary zgodził się zostać moim WST (określenie autorstwa Darka Wilczyńskiego). Od tej pory największą przyjemność sprawie mi bieganie na ścieżkach po Lasku Wolskim albo dreptanie wokół Błoń, trenowanie wg planów WST – często w towarzystwie Jarka Kucia, Romka Sosnowskiego, czasem Andrzeja Szumca lub Łukasza Bieńkowskiego. No i oczywiście pokonywanie kolejnych maratonów na obczyźnie. Był bowiem jeszcze Tallin w 2011, Paryż i Moskwa 2012, Jerozolima, Sankt Petersburg i Stambuł w 2013, Sewilla i Walencja w 2014. Najszybszy był maraton w Paryżu w 2012 roku – 3:25:45, Moskwy nie liczę (3:23:45), bo tam trasa była o 500 m krótsza!

Kontuzji, dzięki Bogu, jakoś nie miałem na razie żadnej. I mam nadzieję, że będzie tak przynajmniej do 20 kwietnia 2015, gdy czeka mnie kolejny maraton, tym razem w Bostonie w Massachusetts. Ale i tak największego skupienia i wysiłku wymaga zawsze wykonanie treningu w niedzielę po ośmiu góreckach w Lasku Wolskim i na Sikorniku.

przebinda1