Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich (6 grudnia 2015)

Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, czyli rozpoczęcie okresu przygotowawczego
w subiektywno – filozoficznej ocenie Mariusza Janika.

To był piękny grudniowy poranek, już od samego rana szybciej uderza serce nareszcie jakieś zawody! 6 grudnia 2015 r. inauguruję przygotowania do sezonu 2015/2016. Niestety podczas prawie miesięcznego okresu roztrenowania dwa tygodnie byłem chory, później okres „dochodzenia do siebie” i tylko 4 treningi. No cóż, a może to dobrze że choroba zaszczyciła mnie swoją obecnością właśnie w okresie roztrenowania?! Tak, czy inaczej będę startował w zawodach na tzw. „świeżaka.”

W biurze zawodów melduję się wcześnie bo już o 9:45, odebrałem pakiet ( właściwie numer startowego i agrafki), przywitałem się z organizatorami (moimi dobrymi znajomymi z WKS Wawel) i nastąpił czas oczekiwania na start. Przed rozgrzewką z cyklu rozmowy korytarzowo – szatniowe, wymieniłem poglądy z startującymi w GPK Filipem i Natalią i zmotywowany ruszyłem na rozgrzewkę. Aha, jeszcze wcześniej w szatni konwersowałem z Krzyśkiem, który zajął drugie miejsce w ubiegłorocznej edycji GPK na dystansie 6 km. Krzysiek, zakomunikował mi (o czym wiedziałem sprawdzając listę startową przed biegiem), że w tym roku mierzy się z dystansem 11.600 km. Zapytałem go, czy planuje wynik poniżej 50 minut odparł, że zdecydowani tak. Uprzedzając fakty trzeba dodać, że wygrał zawody ze znakomitym czasem 47:07! Pewnie mało kto wie, ale Krzysztof był kiedyś piłkarzem reprezentując barwy jednego z podkrakowskich klubów, gdzie ja byłem trenerem. Na szczęście poszedł inną sportową drogą (czyżby słaby trener) i odnosi teraz sukcesy na niwie swojej ulubionej aktualnie dyscypliny (biegi). Ale, ale koniec wspomnień, zacząłem rozgrzewkę i poczułem biegnąc pod górę, że nie będzie łatwo, a jedyne co mogę sobie założyć to czas poniżej 1 godziny.

Godzina 10:55 stoimy na linii startu, a przed nami brodaty Mikołaj z workiem cukierków. Hm, czyżby jakiś podstęp konkurencji w stylu zjedz cukierka i niech kolka będzie z tobą (pewnie już wiedzieli, że lada chwila do kin wchodzi kolejna odsłona Gwiezdnych Wojen). Chociaż z drugiej strony jakiej konkurencji, przecież dzisiaj walczę tylko ze swoimi słabościami no i ewentualnie z czasem, tak aby nie przekroczyć magicznej godziny. Tak, czy inaczej nie dałem się skusić na słodkości. Godz. 11:00 wystartowało około 500 osób na dwie trasy 6 km i 11.6 km w tym Filip i moja skromna osoba, czyli drużyna Lacho Team. Początek pod górę asfaltem i utwardzonym terenem, następnie pętla składała się ze zbiegów i podbiegów, ale już bez komfortu bieganie po utwardzonym terenie, tylko błoto, liście, leśne ścieżki jednym słowem ślisko i ciężko. Chwilę po starcie spoglądnąłem na zegarek i pierwsze rozczarowanie spostrzegłem, że niestety nie będę miał komfortu kontrolować czasu ponieważ nie ustawiłem na zegarku tego parametru, pozostały parametry treningowe czyli przebiegnięty dystans, aktualne tempo biegu i tętno (niestety nie użyteczne) nie założyłem paska. No cóż niech wynik będzie dla mnie tajemnicą, aż do przekroczenia linii mety. Jeszcze na pierwszej pętli (bieg składał się z dwóch) pomyślałem sobie, że biegamy w lesie i szkoda, że nie jest to bieg na orientację, może nie mogąc wyprzedzić zawodników w biegu spróbowałbym chociaż to zrobić na wyborze lepszego wariantu między punktami kontrolnymi. Jeszcze nie skończyłem sobie wyobrażać takiego scenariusza, a tu podczas zbiegania poślizgnąłem się tak, że prawa noga ślizgnęła się około 2 metry i ledwo utrzymałem równowagę. Wróciłem do rzeczywistości i nasunęła mi się refleksja jednak lepiej, że nie jest to bieg na orientację, bo jak ślizgam się na ścieżkach to co dopiero w skałkach, lub bezdrożach. W momencie ratowania się z opresji jakiś młody zawodnik zapytał „jak pan to zrobił”, odpowiedziałem mając w głowie jeszcze wcześniejsze rozważania, coś w stylu, że byłem kiedyś zawodnikiem Bno i to pomaga. Pytanie tego chłopaka dało mi asumpt do dalszych rozważań, tzn. spoko, że docenił mój kunszt (ha,ha), ale dlaczego odniósł się do mnie per pan. Znowu moją głowę opanowały ambiwalentne myśli i wtedy przypomniałem sobie, że w kategorii M-35 startuje tylko w tych zawodach, a co do zasady rywalizuję w M-40, no cóż czasu nie zatrzymam.
W pewnym momencie dostrzegłem, że kończę pierwszą pętlę, ale dlaczego przede mną wyrósł taki podbieg! No cóż trzeba biec dalej przyświecała mi wtedy myśl, że meta z każdym kilometrem coraz bliżej. Drugą pętlę przebiegłem w towarzystwie biegacza, który uciekał mi na zbiegach i którego doganiałem na podbiegach. Dziwna kolej rzeczy, bo wydawało mi się do tej pory, że zbiegi to była moja domena, natomiast z podbiegami bywało różnie. Dla zachowania psychicznej higieny „ukułem” sobie teorię, że zbiegałem asekuracyjnie w obawie przed kontaktem z runem leśnym. Teorii nie zamierzam weryfikować w obawie przed zderzeniem z inną rzeczywistością. Wracając do rywalizacji niestety ów wcześniej opisany zawodnik linię mety osiągną przede mną co wg. mnie (i tego będę się trzymał nie weryfikując parametrów trasy) dowodzi tego, że więcej było zbiegów niż podbiegów. Zawody zakończyłem z wynikiem 59:11, czas zgodny z założeniami, więc rozpoczęcie okresu przygotowawczego do nowego sezonu uważam za udane.

Na zakończenie kilka słów o organizacji zawodów. Otóż, wielkie słowa uznania dla moich przyjaciół z Sekcji Biegu na Orientację WKS Wawel Kraków. Po pierwsze za wymyślenie tych zawodów, które są wspaniałym uzupełnieniem treningów w okresie przygotowawczym, a trasy biegów (szczególnie 11.600) stały się już wręcz kultowymi. Po drugie za zapewnienie znakomitej bazy dla zawodów w szkole podstawowej (szatnie, prysznice – jest ciepło! – w okresie zimowym ma to duże znaczenie), następnie za stosunkowo niskie wpisowe – 25 złotych i na koniec za to od czego powinienem zacząć – znakomitą atmosferę!!! Ten kto startował choć raz w tych zawodach na pewno będzie uczestniczył w kolejnych biegach i nie trzeba go do tego zachęcać, a kto nie startował bardzo polecam te zawody, do zobaczenia na ścieżkach w Lasku Wolskim.

                                                                        Mariusz Janik – Lacho Team

Autor tekstu: Mariusz Janik, autor zdjęcia: Ryszard Kułaga.