42 DĘBNO MARATON

autor: Dominik Kluś

Dębno – Stolica Polskiego Maratonu

12 kwietnia 2015 na starcie stanęło 2 tys. osób w tym dwóch biegaczy z naszego teamu: Filip Kisiała i Dominik Kluś. W miejscu, które stanowi kolebkę biegaczy długodystansowych, sam start to lekki powiew historii a ponadto możliwość dołączenia do kolekcji Korony Maratonów Polskich. Dla Filipa ten start to przedostatni krążek zaś Dominik dopiero zaczynał.

Maraton Dębno jest najstarszym, najlepszym i jednym z najszybszych biegów maratońskich w Polsce. Średnia dziesięciu najlepszych wyników w kategorii kobiet wynosi 2:33:12, a w kategorii mężczyzn 2:11:33.

Trasa biegu z naszego punktu widzenia wyglądała na bardzo płaską, dwa niewielkie podbiegi. Nasze obawy to samopoczucie oraz pogoda. Wiatr tam bardzo mógł dać się odczuć na dwóch większych pętlach, lecz spora ich część była pod osłoną lasu. Super atmosfera. Super pogoda, lekki chłodek, lekki wiatr. Super zabezpieczenie, parking, informacja, biuro zawodów, zabezpieczenie trasy, organizacja punktów odświeżania i odżywczych, depozyt, masaże, posiłek. Niby to jest już standard a jednak dało się odczuć taką swoistą naoliwioną maszynę. W końcu to już 42 edycja tej imprezy. Imprezy gdzie dawało się odczuć wielką biegową siłę. Dzień przed Wielkim Biegiem były imprezy biegowe dla dzieci. Coraz więcej jest biegów gdzie najmłodsi też stają na starcie i zmagając się ze sobą i rówieśnikami dążą do mety. Jednak tu też było małe zaskoczenie. Każdy rocznik miał po 30-40 zawodników. Duża liczba dzieci, które ze zorganizowanych klubów sportowych została przywieziona licznymi autokarami, bardzo to cieszy każdego rodzica i ulubieńców sportu.

Można by tak było długo opisywać to co się tam działo, jednak aby to odczuć należy to przeżyć samemu. Dla przybliżenia dwie krótkie historie pisane oczami naszych zawodników:

Dominik Kluś:

Dębnem chciałem zacząć Koronę Maratonów Polski 2015. Dla utrudnienia chciałem ją zrobić poniżej 3:20. Każdy z biegów jest zadedykowany mojej bliskiej osobie.

Przed samym startem spotkałem się z Filipem, szybki filmik, parę słów i każdy myśli o swojej walce na trasie. Zakładany przeze mnie czas nie został osiągnięty. Linię mety przekroczyłem dopiero z czasem 3:55:30. Planowane tempo 4:44/km z lekką przewagą na niedoskonałość GPSa. Zatem miałem lecieć na 4:40. Do 27 km wychodziło tempo 4:38, czyli o 6 sekund szybsze, zaś po przeliczeniu na chorągiewki oznaczające kilometraż wychodziło równe 4:40. Do 27 km biegło mi się całkiem dobrze. 5 następnych km trochę mnie rozbiło.

Kawałki owoców oraz izotoniki dały mi się odczuć w żołądku. Nawet nie wiem co mnie podkusiło biorąc je, być może dobre samopoczucie. Miałem 4 żele, jeden przed startem i kolejne na 10, 20 oraz na 30 km przepijając tylko wodą. Nauczkę stanowiła dla mnie Cracovia Maraton 2013 gdzie banany i mandarynki skutecznie wybiły mnie nie tylko z rytmu ale i z trasy, gdzie powracałem na nią o wiele lżejszy. Podsumowując, 27 km idealne, do 32 km zmiana tempa i nastroju, po 32 km już szedłem, nie chciałem już walczyć chociaż czas 3:20 dawało mi nadal tempo 4:51/km. Stwierdziłem, że zdrowie jest najważniejsze, zaś sam nie podszedłem to tego maratonu należycie. Na ok. 33 km jeden chłopak klepnął mnie w plecy krzycząc: „Lacho TEAM Kraków, dajesz!” Było to całkiem miłe, jednak nic nie przebije sytuacji z ok. 35 km gdzie idąc sobie i błądząc myślami usłyszałem: „Dominik? Co Ty tu k… robisz?”. Tekst ten będzie należał do fajnych wspomnień wycieczki do Dębna. Z Filipem pobiegłem kilkaset metrów poczym nie chciałem go zatrzymywać, nadal chciał powalczyć z czasem choć jego balonik na 3:30 trochę był już z przodu.

Idąc dalej przy jednym stoliku wziąłem herbatnika oraz obserwowałem biegaczy. Miałem mieszane uczucia. To w jaki sposób biegli ciężko było nazwać biegiem, pozycje, ruchy. To tylko prosiło się o kontuzje. Jednak wyraz twarzy. Walka na trasie co ogłaszał grymas twarzy naprawdę dawał do myślenia. Od 40 km truchtałem aby na niecały km do mety już przebiec dając całkiem fajny finisz. Powiem tylko tyle, maraton to wyzwanie, maraton uczy pokory, miałem w planie sytuacje losowe, wtedy moim środkiem było to, iż 22km biegnę nogami, 10 km biegnę głową zaś ostatnie 10 km biegnę sercem. Tego serca zabrakło. Jednak W pełni dedykowane było mojej Mamie, dla której był ten bieg. Kolejny maraton jest już w Krakowie, wtedy to serce będzie walczyło podwójnie.

Dla osób z Krakowa wyprawa do Dębna to wymagająca przygoda. Cieszy fakt, iż pojawiamy się coraz częściej na biegowej mapie Polski.

20150411_123009 20150411_131613 20150411_131714

c_IMG_2873 20150412_160732

Filip Kisiała: 

Moim celem na Dębno było złamanie 3h30 minut, z czego nie robiłem żadnej tajemnicy. Zima przepracowana solidnie, kilometraż słuszny, waga poszła w dół względem jesiennego Maratonu o 3 kg. Wiedziałem, że będzie dobrze.

Pierwszy raz organizatorzy zapewnili pacemakerów (na 3h30, 4h00 i 4h30) Ucieszyło mnie to bardzo, bo nienawidzę patrzeć nerwowo na zegarek co kilkaset metrów i sprawdzać, czy tempo jest właściwe.

Planowany czas ukończenia wskazywał na średnie tempo 4.58 min/km (dokładnie 4.58,6)

Startuję z zielonym „balonikiem”.

Pierwszy km – wiadomo. Ścisk na starcie, przeciskanie się do przodu. Patrzę na zegarek tempo 5.06. Spoko.

Drugi – 4.56

Trzeci – 4.48

Czwarty – 4.54 Pomyślałem – uff. Pejs się „opamiętał” i troszkę zwolnił.

Okazało się jednak, że był to jeden z najwolniejszych kilometrów!

Połówkę zrobiliśmy w 1.42.30, czyli o dwie i pół minuty szybciej niż powinniśmy!

Grupa uszczuplona już o ponad połowę. Ludzie co chwilę pytają „szefa”, co jest grane, że za szybko i o co chodzi a ten, że „planuje na mecie brutto 3.30, może 3.29 albo i …. 3.28” .

Na 27 kilometrze miałem cały czas średnią 4.51. Na tym właśnie kilometrze grupa (jej „resztki”) zaczynała mi odchodzić. Przez kolejnych kilka kilometrów miałem ją w zasięgu wzroku, ale tempo zaczęło spadać (5.15 – 5.30). Ostatnie 7-8 kilometrów to już tylko przeliczanie. Wiedziałem, że złamanie 3.30 muszę przełożyć na raz następny. Miałem jeszcze w głowie plan minimum, czyli pobicie życiowy (3.43 i 21 sekund – z debiutu w Poznaniu). Fajnie też na otarcie łez byłoby złamać 3.40 – na szczęście się udało, pomimo że ostatnie kilometry pokonywałem po 6.00 min/km. Na ostatnich kilometrach spotkałem Dominika. Moje zdziwienie wynikające ze spotkania go w tym miejscu wyraziłem słowami „hej, witaj Dominiku. Miło mi Cię widzieć, czy nie powinieneś być jednak w tym czasie nieco bliżej mety?” Czy jakoś tak zapytałem …

Podsumowanie: Co wywiozłem z Dębna? Przede wszystkim rekord życiowy – 3h39min i 47 sekund. Wywiozłem też kolejną mądrość – nie ufać bezgranicznie pacemakerom. Z takich ciekawostek – ten mój pacemaker sam nie wystrzymał tempa!!! Na metę wbiegł z czasem 3h33min59sek

Był to mój drugi Maraton, który w 100 procentach przebiegłem nie robiąc przerw na marsz 😉

Ogólnie impreza bardzo dobrze zorganizowana, ale z przyczyn czysto logistycznych, raczej tu nie wrócę.

Dębno do Korony zaliczone. Ostatni przystanek – Warszawa 27 września.

filipdebno2 filipdebno endomondo Filip

Dodaj komentarz