23. Bieg Uliczny im. Wojciecha Korfantego w Katowicach wg Wojtka

Gdy 14 lutego odezwała się moja łydka, nie wziąłem tego sygnału na poważnie. Błąd.
Gdy 21 lutego, po 25-kilometrowym niedzielnym wybieganiu, moja łydka powiedziała STOP, poddałem się na długie (prawie) cztery tygodnie.
Ratunkiem miała być cierpliwość i fizjoterapia. Z tą cierpliwością bardzo było ciężko, rozsądek walczył z lekkomyślnością. Tę wojnę ostatecznie wygrał.
Po kilku dniach szurania nogami po asfalcie w końcu 17 marca wróciłem do nieco szybszego biegania. Zwiększałem prędkość (schodząc nawet do prędkości 3:00min/km, zwiększałem dystans (nawet do 30km) , zwiększałem obciążenie treningu. Łydka próbowała jeszcze ze mną dyskutować, ale nie miała już argumentów. Przecież była wyleczona.

I nadszedł 16 kwietnia 2016
XXIII Bieg Uliczny im. Wojciecha Korfantego (10km)

Ten bieg miał powiedzieć wszystko.

Założenie było proste. Zejść poniżej 36:00.
Rozgrzewka. Coś mi drobnego przeskakuje w biodrze. Jakiś ból próbuje zająć moją głowę. Rozciągnięcie musi pomóc.

Ponad 1000 uczestników, Temperatura wynosząca 20 stopni nie rozpieszcza. Start z Katowic. Ruszamy. Na początku ciasno, na kostce brukowej, na wąskich krętych uliczkach. Próbuję trzymać równe tempo, nie wpadając na żadnego z rywali i nie lądując na masce samochodu. Po kilometrze trasa się rozszerza. Początek bardziej w dół, co pozwala trzymać tempo w okolicach 3:30min/km. Doganiam i wyprzedzam, tych co wystartowali szybciej niż ja. Nagle długa prosta zaczyna piąć się w górę Najpierw było to około pół kilometra, a potem po przerwie kolejne dwa kilometra. Szczęśliwie mam siły by cały czas w przód się przesuwać. Jednak już nie tak szybko. Na szczycie wzgórza jest siódmy kilometr. Docieram tam ze średnią 3:37min/km. O rety, to oznacza, że nie wykonam założenia.
Tak być nie może. Zostały jeszcze trzy kilometry, by wszystko naprawić. Jedno oko patrzy na trasę, drugie zerka na zegarek. Nadrabiamy, nadrabiamy. Czy zdążę? Czy wystarczy czasu. Kończą się Katowice, zaczynają Siemianowice Śląsikie. Długie prosta, Na kilometr przed metą most, na który trzeba się lekko wspiąć. Czy tu uciekną mi te cenne sekundy? Finisz. Ostatnie metry, ostatni zakręt. Widzę zegar, który wybija kolejne sekundy. Ulga. Wpadam na linię mety z czasem 0:35:53. Zadanie wykonane. Łydka ani drgnęła. Biodro nie śmiało się odezwać.

Obiecałem sobie, że jak tu, na Śląsku osiągnę czas poniżej 36 minut to, moi drodzy, za osiem dni na maratonie powalczę o czas poniżej 2:48:48 czyli powalczę o złamanie średniego tempa 4min/km. Do boju Wojciech. Na pewno Wam opowiem, co z tego wyszło.

Pozdrawiam wszystkich

Wojtek