2-gi Zimowy „Maraton” Bieszczadzki 2016

Przedstawiamy opis ZiMB 2016 według Tomka Sipiery.

Cisnąć w Cisnej

Takie założenie było Andrzeja, który był świeżo po obozie w Kościelisku oraz moje – osobie, która na obozie nie była (niestety), ale była przygotowana treningami prowadzonymi przez wymienionego wcześniej trenera.
Nie wiem jakie było wyobrażenie Andrzeja o trasie, ale ja zgłaszając się na bieg, oczyma wyobraźni widziałem piękne Bieszczady, bardzo dużo śniegu i temperaturę oscylującą w okolicach -3 stopni.
Jak było naprawdę, będzie poniżej.
Operacja Cisna rozpoczęła się na jednym z krakowskich osiedli, gdzie główny dowodzący „operacją” – trener Andrzej zamieszkuje ze swoją małżonką i synkiem.
Jako, że trener dba o bezpieczeństwo swoich zawodników, podjął decyzję (nie ukrywam, że nie protestowałem), że będzie odpowiedzialny za transport i pojedziemy jego samochodem.
Podróż „zieloną hiszpanką” mijała sielankowo, ale prawdziwa niespodzianka czekała na nas w Jaśle, skąd w dalszą podróż pojechaliśmy szwedzką myślą techniczną 😉
Tutaj specjalne ukłony dla rodziców Andrzeja, którzy zaproponowali nam wspólną podróż.
Oczywiście aby podtrzymać bezpieczeństwo wyjazdu za kierownicą znalazł się Andrzej.

auto
Kolejne kilometry mijały w bardzo przyjemnej atmosferze i były okraszane przez rodziców Andrzeja opowieściami z życia.
Tak oto dojechaliśmy do Cisnej.
Krótka wizyta w biurze zawodów, obowiązkowa odprawa przerywana występem „Wiewiórki na drzewie” i udajemy się do miejsca noclegowego.

Za zagwarantowanie noclegu była odpowiedzialna moja skromna osoba, ale nieskromnie napiszę, że wywiązałem się z tego bardzo dobrze, bo spaliśmy w owianym sławą Brzeziniaku.
Co prawda Andrzej stwierdził, że się nie wyspał, ale wydaje mi się, że ten brak snu był spowodowany tym, co działo się za oknem i nie była to obawa przed dużą ilością śniegu, a bardziej tym, że nie mamy pontonów.
Z wcześniejszych zapowiedzi organizatorów, że w Bieszczadach jest dużo śniegu zostały tylko zapowiedzi.
Przez całą noc padał deszcz i temperatura była plusowa.
Gdy o 5:00 rozdzwoniły się budziki w głowach zatrzepotała myśl: po co nam to wszystko?
Nie dość, że daleko od domu, w padającym deszczu, to na dodatek sporo kilometrów przed nami.
Zrozumieć to może ktoś, kto poczuł bakcyla biegania i nie straszne mu takie okoliczności przyrody.
No nic, trzeba było podnieść się z łóżka, szybka toaleta i śniadanie biegacza. Tutaj każdy ma swoje sposoby, chociaż Andrzej kolejny raz mnie zaskoczył, tym razem produktem benedyktyńskim o który musicie zapytać go sami.
Po śniadaniu ostatnie procedury przedstartowe i jedziemy na start na który docieramy w okolicach godziny 6:45.
Start zaplanowany został na godzinę 7:20, zatem mamy ponad 30 minut do startu.
Pogoda beznadziejna. Szaro, buro i ponuro.
Kilka rozmów ze znajomymi, zdjęcia (w tym zdjęcie z pozdrowieniami dla jednego z krakowskich biegaczy, który boryka się ze zdrowiem – Richie 3maj się!), delikatna rozgrzewka i startujemy.

richie
Pierwsze 2 kilometry trasy prowadzą asfaltem i jest to część wspólna dla uczestników Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego i Zimowej Bieszczadzkiej Dychy.
Jako, że biegłem ten drugi bieg (miałem ochotę na maraton, ale podczas ostatniego wybiegania po Lasku Wolskim, Basia z Lacho Team powiedziała, że lepiej pobiec krótszy dystans niż mam zamulić maraton), to przez 2 kilometry widziałem Andrzeja.
Mogę nawet dumnie napisać, że biegłem przed Andrzejem. Co prawda przez jakieś 0,005 kilometra, ale zawsze, to coś 😉
Więcej o trasie maratonu napisać zatem nie mogę. To znaczy nie mogę napisać o dużej większości trasy, bo co nie co widziałem, ale o tym za chwilę.
Trasa dychy od 2 do +/- 6 kilometra prowadzi pod górę. Ta część była nawet w porządku. Nie biegło się po śniegu, tylko po lodzie, ale były miejsca na poboczu stokówki z rozsypanym żwirem, który dawał szansę na utrzymanie jako takiej prędkości.
W miarę sensowne bieganie skończyło się właśnie na tym 6 kilometrze i rozpoczął się zbieg naprzemiennie ze ślizgiem.
Tutaj żartów już nie było i raz prawie wylądowałem w objęciach miejscowego mężczyzny, który znalazł się na trasie z… zakupami. Jego mina była bezcenna, bo chyba szybciej się spodziewał niedźwiedzia w takiej odległości od siebie 🙂
Jak się później okazało do tego momentu zajmowałem 2 miejsce w kategorii. Niestety spotkanie z miejscowym spowodowało przesunięcie się na 3 miejsce, ponieważ jeden z biegaczy nie był na tyle kulturalny jak ja i nie zamierzał przywitać się z napotkanym mieszkańcem okolic Cisnej 😉
Na mniej więcej 8 kilometrze organizatorzy zadbali o to abym stracił 3 miejsce 😉
Przez kilkaset metrów biegliśmy po torach Bieszczadzkiej Kolejki Wąskotorowej i wtedy wybrałem uniknięcie kontuzji niż utrzymanie za wszelką cenę 3 miejsca.

tory
Końcówka biegu, to 400 metrowy podbieg do mety, który (uprzedzę fakty) dał się we znaki nawet Andrzejowi 😉
Na mecie medal, który za chwilę… został mi odebrany. Przemiłe wolontariuszki pomyliły kolory tasiemek i otrzymałem pierwotnie medal z maratonu.
Szybka zamiana medali i jedziemy z rodzicami Andrzeja do Brzeziniaka w którym na 34 kilometrze jest słynny punkt żywnościowy zaopatrzony tak, że niektórzy tam właśnie kończą swój udział w maratonie 😉
Stoły uginają się od jedzenia i picia nie tylko napojów typu woda, cola i herbata 😉
Tam też oczekiwaliśmy „naszego charta”, jak o Andrzeju po wizycie w Brzeziniaku powiedziała właścicielka pensjonatu i karczmy.
Po 30 minutach oczekiwania zobaczyłem Andrzeja, który na punkt przybiegł jako pierwszy, ale swoim grymasem twarzy nie wykazywał zadowolenia.
Jak powiedział później, był niezadowolony z tego powodu, że nie czekałem na niego 300 metrów przed punktem, bo nie ma zdjęcia ze swoich popisów kaskaderskich.
Jak się okazało, Andrzej na własnej skórze, a może bardziej plecach i dłoniach odczuł, jak twardy jest lód w Bieszczadach.

palce
Andrzej wytrzymał, czego nie można powiedzieć o getrach, kurtce oraz zegarku.

zegarek
Wróćmy do Brzeziniaka.
Szybka herbata, zmiana rękawiczek, ale zaraz zaraz… Andrzej rusza na trasę na 2 miejscu!
W międzyczasie na punkt wpadł Paweł Pigmej Krawczyk, który nie zatrzymując się pobiegł dalej.
To była jedna z nielicznych chwil liderowania w biegu przez tego sympatycznego zawodnika. Po kilkuset metrach na podbiegu za który uczestnicy maratonu bardzo „dziękowali” organizatorom, Paweł (który niestety doznał kontuzji) został wyprzedzony przez Andrzeja i tak też zostało do mety na którą pojechaliśmy ponownie z rodzicami Andrzeja.
Chwila oczekiwania i na wspomnianym wcześniej podbiegu zauważamy Andrzeja.
Biegnie i maszeruje sam, meldując się na mecie z czasem 3:04,46 (dystans 44,6km), który jest nowym rekordem trasy.

IMG_9141
Medal, wywiady, prysznic oraz posiłek ponownie w Brzeziniaku i jedziemy na rozdanie nagród.
Atmosfera podczas rozdania nagród i biegu, jak to powiedział Andrzej podczas jednego z wywiadów – rodzinna.
Bardzo ładna statuetka oraz główna nagroda ląduje w rękach trenera i powoli zbieramy się w drogę powrotną.

finish
W Jaśle zatrzymujemy się na herbatę u sympatycznego Staszka, odbieramy „zieloną hiszpankę” i wracamy do Krakowa, gdzie docieramy bezpiecznie w dobrych humorach.
Cały wyjazd trzeba uznać jako bardzo udany i jeżeli tylko zdrowie pozwoli, to w przyszłym roku pojawię się na starcie maratonu.
Nie wiem, jak będzie z Andrzejem i innym członkami Lacho Team, ale ja się tam wybieram 😉
P.S. Chciałbym wspomnieć, że w całym wyjeździe towarzyszył nam, rywalizował ze mną na trasie dychy, a także był świadkiem wszystkich wydarzeń, kolega z Eskadry Kraków – Kazek K

This slideshow requires JavaScript.